www.gazetapowiatowa.pl arrow Historia nie z podręcznika

Aktualności

Kultura

Ogłoszenia

Informator Budowlany

Agencja reklamowa

Napisz do nas
Szukaj w artykułach: 
    
Reklama na portalu gazetapowiatowa.pl                **************                               **************                Reklama na portalu gazetapowiatowa.pl                **************                               **************                Reklama na portalu gazetapowiatowa.pl                **************                               **************  
 
Bieżące wydanie
Aktualności
Gmina Jabłonna
Gmina Legionowo
Gmina Nieporęt
Gmina Serock
Gmina Wieliszew
Sport
Dziennikarstwo Obywatelskie
Przystanek Legionowo
Ze studenckiej ławy
Historia nie z podręcznika
Listy do redakcji
Galeria zdjęć
Reklama
Reklama
Numery archiwalne
Aktualności
Gmina Jabłonna
Gmina Legionowo
Gmina Nieporęt
Gmina Serock
Gmina Wieliszew
Sport
Ze studenckiej ławy
Historia nie z podręcznika
Prognoza pogody

Ankieta
Jak oceniasz nowy wygląd naszej strony?
   
   
Reklama
Reklama









































Historia nie z podręcznika
Wiosenne świńskie opowieści Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Święta Wielkanocne oraz rozkwitająca z każdym dniem wiosna sprawiają, iż nawet zasiedziałego w stertach książek i archiwaliów historyka nachodzi ochota na tematy nieco lżejsze i mniej poważne. Okolice Legionowa mają niestety tę wadę, iż w minionych dziesięcioleciach w okresie wielkanocnym niewiele się tu działo. Front przetoczył się jesienią i zimą, a zwykłe, codzienne sprawy, którymi żyli mieszkańcy naszego miasta, zbytnio do lekkiej i przyjemnej tematyki nie pasują. Aby jednak nie być całkowicie oderwanym od ludzi bądź co bądź choćby chwilowo związanych z Legionowem, proponuję zapoznać się z niezwykle zabawnym fragmentem żołnierskich opowieści rodem z 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

Akcja opisywanego dramatu rozegrała się wiosną 1945 r. w okolicach Kołobrzegu, który podobnie jak i Jabłonna–Legionowo leżał na szlaku bojowym 1 Armii Wojska Polskiego. Chwila odpoczynku w przerwie pomiędzy walkami dała naszym żołnierzom czas na niecodzienne rozrywki:

[…] Nie wypaliły nam amory, ale za to wypatrzyliśmy błąkająca się w pobliżu zabudowań świnkę. Dawno już nie widzieliśmy tego ulubionego przez wojsko stworzenia. Zapolowaliśmy na nań z małą nagonką, świnka uciekała jak dzik, aż w końcu poległa od celnego strzału kolegi Miecia. […] Uroczystość dzielenia mięsiwa swoją obecnością zaszczycił kpt. Repin [tak zwany POP – czyli Pełniący Obowiązki Polaka rosyjski oficer przydzielony do Wojska Polskiego – przyp. autor]. Postał chwilę, pomedytował, a odchodząc podkreślił, że bardzo lubi wątróbkę. Kapitan nie znał polskiego i powiedział po rosyjsku „pieczonku”. Było to wyraźnie adresowane do mnie, bo akurat tak się złożyło, że ja też bardzo lubię świeżą wątróbkę, a przy poprzednich świniobiciach zdarzało się, że udawało mi się sprzątnąć ją jego „fajfusom” sprzed nosa. Wracali zazwyczaj z pustymi rękami, żaląc się że Olgierd z Mietkiem znowu zabrali.

Trudno było bądź co bądź, dowódcy kompanii pogodzić się z tym, ale na pewno czuł żal i i chciałby zmienić to zwyczajowe prawo.

Teraz przezornie odniosłem tę niekoszerną wątrobę Joskowi do smażenia i gapiłem się dalej. Naniziałem wycięte genitalia na sznurek i kręcąc nim zastanawiałem się co zrobić dalej. Najchętniej dla wyrównania zaległych porachunków zmusiłbym Czaję do pocałowania ich, lecz wpadłem na inny pomysł. Widząc, że kapitan gdzieś poszedł, wdepnąłem do jego kwatery i wręczyłem dziewczynie tan narząd.
– Kapitan kazał usmażyć – mówię poważnie. Dziewczyna ogłupiała.
– Przecież to fiut, powiedziała z obrzydzeniem.
Fiut nie fiut, Rosjanie to bardzo lubią, jedzą nawet na surowo. – zmyśliłem.
Dziewczyna zaklęła, wsadziła do miski z wodą mój prezent, jedną ręką płucze, lecz głowę odwraca ze wstrętem. W tym momencie wraca kapitan i widząc mnie wrzeszczy:
– Zabroniłem ci przecież tu przychodzić!
Strugam głupka i celowo odpowiadam mu po polsku, bowiem wiedział doskonale ze znam rosyjski i irytowało go, kiedy nie chciałem z nim rozmawiać w tym języku :
– Przy świniobiciu prosił pan kapitan o „pieczonkę” to przyniosłem. Tu włączyła się dziewczyna:
 - Przyniósł to świństwo do smażenia i jeszcze mówił, że pan lubi nawet na surowo.
Kapitan zajrzał do miski i na chwilę go zatkało:
 – To przecież nie wątróbka, a pyta świńska - wrzasnął.
– Po naszemu pieczonka. Zawsze upominał się pan kapitan o nią, w końcu przyniosłem. Kapitan oniemiał. Wykorzystując to zaskoczenie dyplomatycznie skróciłem front. Na schodach doleciał mnie poirytowany głos kapitana: co za język, smaczną wątróbkę nazywać tak samo jak to gówno…!
[…] Na wszelki wypadek upolowaliśmy majora Chalfena – Panie majorze, gdyby kapitan pytał pana co znaczy po polsku pieczonka, to odpowiedz mu pan tak a tak – prosiliśmy.
– Co wy znowu wywinęliście – spyta major, który lubił nas i nie raz cieszył się z naszych wybryków. Opowiedzieliśmy mu z detalami. Nie krył rozbawienia. Włączył się do zabawy i chyba dlatego nie było większej draki.

Olgierd Kowalski, Z Wołynia przez Polesie do Berlina, wspomnienia żołnierza 27 Dywizji Piechoty AK, Bydgoszcz 2005, s. 317-318.
 
Reklama







Ogłoszenia płatne
Top! Top!